Opis

Po wielu latach pokoju i dobrobytu, głód i bieda zaglądają w oczy najbardziej urodzajnemu krajowi. Intrygi rodziny królewskiej przechodzą na porządek dzienny, a inne państwa starają się to wykorzystać. Chętnych jest wielu, ale korona... tylko jedna.

środa, 22 kwietnia 2015

Rozdział 1: Układy - część 2

-Witam cię Królu, Władco Szmaragdowej ziemi, Jam jest książe Diamentowego Królestwa, proszę, przyjmij ten skromny podarek jako podziękowanie za to wyjątkowe zaproszenie – białowłosy klęknął, i skinął na sługę, który trzymał na czerwonej poduszce piękny, wysadzany diamentami miecz z obfitymi zdobieniami na klindze. Ojciec przyjął prezent, ukłonił się i rzekł:
-Witam cię Synu Diamentu, najcenniejszego kruszcu na tym świecie, jestem rad z twojego przybycia i zachwycony, że moja córka od dnia dzisiejszego będzie towarzyszyć przy twoim boku Lordzie. - na te słowa cała sala spojrzała na mnie, do której ta informacja nie dotarła. - Kamate?
-Tak, ojcze? - nie pewnym krokiem stanęłam przy nim
-Zdejmij swój medalion, symbol przynależności do tego królestwa. Już od dnia dzisiejszego, jego mury nie będą cię strzec, ale na zawsze pozostaną twoim domem. - Oznajmił głosem króla, a nie kochającego ojca.
-Tak panie – drżącą ręką sięgnęłam do zapięcia medalionu i chwilkę mi zajęło rozpięcie go. - Proszę – podałam go ojcu.
-Piątego dnia tygodnia, w Święto Róży w pęłni będziesz przynależeć do Królestwa, twojego męża.
-Księżniczko, niech te kamienie, pochodzące z mojej ojczyzny zdobią twoją szyję, to symbol twojej przynależności. - przybysz przyzdobił moją szyję pięknym naszyjnikiem wysadzanym diamentami, a tłum zaczął wiwatować, muzyka wypęłniła komnaty zamku na nowo, podobnie jak ciche rozmowy. Białowłosy wpatrywał się we mnie i zaczął mówić, jednak muzyka zagłuszała jego słowa.
-Chodź ze mną – rzuciłam, schodząc z oficjalnego języka. Wyszliśmy z sali bankietowej i przez tarasy zeszliśmy do ogrodu.
-Jak na kobietę z tak szlachetnego rodu, twoje maniery sięgają dna – mruknął kiedy dotarliśmy do krzewów białych róż.
-Wypraszam sobie – burknęłam oburzona. Im dłużej patrzyłam na niego tym bardziej czułam, że jestem nie idealnym bytem. On nie miał ani jednej skazy, wszystko w nim było perfekcyjne. - Słuchaj, co ma znaczyć ten teatrzyk ze ślubem?
-Po pierwsze nie jesteśmy na ,,ty", a po drugie mam swoje powody, by brać za żonę tak mało kobiecą księżniczkę. Mój koń ma w sobie więcej gracji. - warknął.
-Nie będę dyskutować z kimś kto mnie obraża – odwróciłam się by odejść, jednak zatrzymała mnie stal przy szyi. 
-Nie tak szybko, masz być kochaną żoną, a nie rozpieszczonym bachorem – uśmiechnął się łagodnie, zabierając miecz.
-To groźba? - spytałam zaskoczona, masując miejsce gdzie przyożył ostrze.
-To tylko ostrzeżenie, masz trzymać się blisko mnie i być na każde skinienie.
-Chyba kpisz – jego pewność siebie była przytłaczająca, a charakter paskudny.
-Tak myślisz? To może mały zakład? - jego twarz przybrała wyraz zadowolenia. - Jeśli wygrasz to przystanę na twoje warunki dotyczące zamąż pójścia... możesz nawet zrezygnować.
-Odważnie, ale co jeśli przegram?
-Ceremonia się odbędzie, a ty zajmiesz się kobiecymi zajęciami, a każde moje polecenie będzie twoim obowiązkiem.
-Lordzie, znam cię tylko chwilę, a już wzbudziłeś moją ciekawość. Jednak twoja chęć rywalizacji kiedyś cię zgubi, może nawet szybciej niż myślisz – nieznacznie zbliżyłam się do niego, który momentalnie się odsunął i powolnym krokiem ruszył w stronę alejki.
-Rusz się - zasugerował, na co niechętnie kiwnęłam głową.
-Dlaczego łamiecie swoje święte prawo o czystości krwi? Precież następca diamentu zawsze żeni się zeswoją siostrą...
-Mówisz o prawie, które zrodziło się z legendy, a znasz ją dokładnie?
-Szczegółów nie znam.
-Sądzę że jako moja przyszła żona powinnaś o tym wiedzieć, pozwól, że przytoczę ci jak to było naprawdę – westchnął. Ścieżka którą podążaliśmy była usłana cyrkoniami i płatkami białych róż, których krzewy rozciagały się po obu stronach. Księżyc rzucał nikłe światło na twarz mężczyzny, przy którym jego skóra była praktycznie biała. Nie miał żadnych pieprzyków lub blizn. Niesforne kosmyki białych włosów opadały mu na oczy, których barwa zapierała dwch w piersiach, w końcu byłam w stanie przyjrzeć się im z bliska. Mieniły się ni to błękitem, ni fioletem, niczym najprawdziwsze diamenty. Słyszałam o niespotykanie pięknej urodzie diamentowego rodu, jednak z powodu ich odizolowanego od innych krajów królestwa i żelaznych zasad spotkanie kogoś z zamku jest praktycznie nie możliwe. - Słuchasz mnie? - jego głos wyrwał mnie z zamysłu.
-Przepraszam, zamyśliłam się
-Skup się bo drugi raz powtarzać nie będę. Moja ojczyzna nie zawsze była bogata i ociękająca w luksusach. Jałowe ziemie sprawiały, że lud głodował, a populacja kraju była nie wielka. Pewnego dnia król Trinar zabładził podczas polowania i dotarł do miejsca gdzie trawa była zielona i soczysta, kwiaty zdobiły małą chatkę na pagórku, gdzie mieszkała młoda dziewczya. Była piękna, długie różowawe loki, srebrzyste oczy i uśmiech dzięki któremu rozkwitały pąki kwiatów.
-Rose o ile pamiętam, a mężczyzna zakochał się i ją poślubił – wtrąciłam się
-Tak, ludzie byli szczęśliwi majac tak dobrą królową, jednak Trinar popadł w obłęd. Uważał, że ona go zdradza, dodatkowo stres sprawił, że zaczął się na niej wyżywać. Bił ją wiele razy, a ona pozwalała mu na to. Czuła się z dnia na dzień coraz gorzej i nie wiele czasu minęło, a okazało się, że jest w ciąży. Kobieta załamała się i zaczęła płakać. Służąca zauważyła to i chcąc ją pocieszyć, dokonała nasamowitego odkrycia... zamiast łez ujrzała mieniące się wieloma barwami, piękne kamienie, które bez zastanowienia chwyciła i zaniosła władcy.
-Te kamienie... to były diamenty, prawda?
-Niestety, okazały się być dużo warte, więc Rose musiała płakać dniami i nocami, aby kraj mógł wyjść z biedy. Miesiące mijały, kraj się bogacił i nastąpił czas rozwiązania. Kobieta w panice uciekła do jaskini znajdującej się pod zamkiem, gdzie urodziła trójkę dzieci, dwóch synów i córkę. Przytulała ich do siebie, siadząc na środku groty. Nie chciała aby dzieci, tak jak ona, były katowane dla zarobku, modliła się więc do Żywiołów, błagając o dostatek dla kraju i szczęśliwe życie dla dzieci. Jej prośby zostały wysłuchane i ziemie królestwa wydały plony, wyrosły kwiaty, drzewa przyzdobiły zielone liście, a ona sama przypłaciła to życiem. Jej piękne ciało zamieniło się w diament, podobnie jak cała jaskinia. Trinar na wieść, że Rose nie żyje nie zareagował, dzieci kazał wychować służącym, a sam był bardzo nieszczęśliwy. Kiedy potomkowie dorośli, zabili ojca i uświadomili sobie, że jedyne co im zostało po kochającej matce to diamentowe oczy. Niechcieli stracić tego daru więc zgrzeszyli. Siostra, żyjąc w związku ze swoimi braćmi powiła kolejnych potomków: chłopca i dziewczynkę, a każde kolejne dziecko rodziło się martwe. Kolejne pokolenia dalej trwały w kazirodczych związkach i wydawały tylko takie potomstwo.
-Czyli planujesz to zmienić? - upewniłam się czy dobrze myślę, bo wszystko działo się tak szybko.
-Szmaragd to kamień szczęścia, a wasz kraj jest najbardziej urodzajny, nie mam wyboru. Za Ciebie daję twojej ojczyźnie wyższy status i bogactwo. - stwierdził zatrzymując się przy krzewie czerwonej róży. Delikatnie dotknął płatków kwiatu, po czym szybko zerwał – Dlatego dojdzie do ślubu choćbym miał to zrobić siłą – upuścił kwiat na ziemie i zdeptał - Jestem zmęczony, wracajmy

wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 1: Układy - część 1

-Nie możliwe! - krzyknęłam niemogąc uwierzyć, że mój o dwa lata starszy brat znowu mnie pokonał w pojedynku. Mężczyzna odkąd pamiętam był najgorszy we władaniu mieczem w całym królestwie, jednak zawsze wygrywał ze mną.
-Uśmiechnij się młoda. Pamiętasz nasz zakład? - uśmiechnął się arogancko, odgarniając czerwone kosmyki z oczu.
-Tak pamiętam. Mam przeczytać jakieś kodeksy. - mruknęłam podchodząc do brata i poprawiając mu zielony krawat. - Naprawdę pasuje ci garnitur.
-A tobie ta biała suknia. Powinnaś częściej takie zakładać. - stwierdził poprawiając moją fryzurę. Kiedy tylko skończył, podniósł broń i wręczył mi ją.
-Zapamiętaj, kiedyś cię pokonam! - roześmiałam się chwytając go pod rękę i razem opuściliśmy dziedziniec.

Piękny, puszysty, czerwony dywan prowadził do srebrnego tronu, wysadzanego zielonymi kamieniam szlachetnymi. Na zdobionym siedzisku prezentował się dumnie król, a obok jego żona, czerwonowłosa kobieta o niebieskich oczach. Shin jako pierworodny syn, stał po prawej stronie władcy i witał podchodzących przybyszów. Ja wraz z moją dziesięcioletnią siostrzyczką stałyśmy przy wejściu na salę i witałyśmy gości na dorocznym balu. Ów bal był organizowany na cześć tygodnia kwiatów – najbardziej kolorowego i radosnego święta w całym królestwie. Każdemu z siedmiu dni przypisowano jeden kwiat, którego motyw gościł wśród mieszczan i rodziny królewskiej, targi odbywające się każdego dnia przybrane są w wyroby z danej rośliny, a kiedy nadchodzi wieczór najsłynniejszy bard w mieście zaczyna muzykować.
Hol powoli zapełniał się szlachtą i władcami sąsiednich krain, a piękne suknie, rówinie pięknych pań i stukoty obcasów, sprawiały że pomieszczenie nabierało kolorów i życia. Pary ustawiały się do powitania króla i audiencji, zawsze mnie bawiło jak niektórzy ze podupadajacej szlachty próbowali się podlizać władcy dla zysku, jednak ojciec nie dawał się przekabacić. Kiedy zegar wybił godzinę dziewietnastą, król wstał i dostoinym krokiem wystąpił na środek sali. Pośpiesznie do niego dołaczyłam, aby jak tradycja nakazuje, rozpocząć bal przez pierwszy taniec władcy ze swoją najstarszą córką.
-Pozwolisz? - Ojciec z uśmiechem ukłonił się i chwycił moją dłoń. Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, bo już po chwili wirowaliśmy po parkiecie, a kolejne pary powoli dołączały i zatracały się w tańcu. - Wyglądasz pięknie, jak twoja matka
-Może faktycznie powinnam częściej upinać włosy, jak kiedyś ona – uśmiechnęłam się
-Powinnaś, nie wypada damie dobywać miecza i pojedynkować się z bratem
-Widziałeś? - byłam pewna, że nikt nie obserwował mojego pojedynku z Shinem. Miałam zakaz zbliżania się do broni, ale mimo to nie było nikogo kto dorównał by mi umiejętnościami w łuku, lub władaniem mieczem, za wyjątkiem brata.
-Oczywiście, za szybko atakujesz, daj przeciwnikować wykonać pierwszy ruch – pogłaskał mnie po policzku – mam dla ciebie niespodzinkę
-Jaką?
-Gdybym ci powiedział to nie była by już niespodzianka - stwierdził śmiejąc się.

Muzyka ucichła na moment, by pozwolić damom zmienić partnerów.
-Witam Szmaragdowy Królu - usłyszałam znajomy mi głos.
-O! Książe Eren! Dobrze cię widzieć. - Król rozpromnienił się na widok syna swojego bliskiego przyjaciela z Rubinowego Królestwa. Brązowowłosy mężczyzna o oczach jak dwa rubiny, już od dwóch lat zabiegał o moje względy, jednak bez skutku.
-Ciebie królu także... Księżniczka Kamate? Piękna jak zwykle - ucałował moją dłoń.
-Dawno się nie widzieliśmy Lordzie Eren. - ukłoniłam się.
-Czy mogę prosić do tańca?
-Proszę o wybaczenie, ale obiecałam bratu. - odpowiedziałam szybko, chcąc uniknąć kępującej sytuacji.
-Twój brat poczeka. Dotrzymaj towarzystwa gościowi. - powiedział surowo ojciec zostawiając nas samych sobie. Już od lat mój ojciec chciał zeswatać mnie i Eren'a, jego marzeniem był ślub, który sprawi, że oba królestwa staną się jednym. Mężczyzna szybko pochwycił mnie do tańca. Znałam go od dzieciństwa i zawsze obrywał po głowie, za dokuczanie innym dzieciom, nie poprawne trzymanie łuku, czy straszenie mnie wieczorami.
-Chyba drugi raz widzę cię w białej sukni, to jakaś specjalna okazja?
-Matka kazała mi ją założyć, a jej wolę się nie buntować – spojrzałam w jej stronę, właśnie tańczyła z Hrabią Akihito.
-Nie dziwię się. Podobno mają coś ogłosić gdy... - nie skończył bo nagle cała sala ucichła, podobnie jak muzyka. Wrota się otwarły i zaczęto dmuchać w trąby. Pierwsze na co zwróciłam uwagę w przybyszu to były białe ułożone w nieładzie włosy i nieskazitelna, bardzo blada cera. Mężczyzna przyodziany w piękną płytową zbroję, poruszał się dostojnie z gracją, a wszystkie kobiety podziwiały jego specyficzną urodę, idealną budowę ciała i bardzo przystojną twarz. Zmierzając w kierunku króla, spojrzał na mnie i wtedy zrozumiałam. Tęczówki wyglądajace jak diamenty z czarną skazą będąca źrenicą. Więc on był...

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Prolog

Przez ogromne okno do komnaty wleciał biały motyl. Czarnowłosy mężczyzna w podeszłym wieku oderwał wzrok od księgi i spojrzał na owada. Motyl usiadł na srebrnej koronie wysadzanej ogromnymi szmaragdami o czystej zielonej barwie. Męzczyzna westchnął, wstał i wyjrzał przez okno. Jego oczom ukazało się miasto. Na ulicach panowało zamieszanie i gwar. Przekupka zachwalała swój towar, obok dwójka łobuziaków wbiegła w mężczyznę niosącego kryształowy flakon, który teraz był tylko wspomnieniem. Władca uśmiechnął się do siebie i nagle coś przykuło jego uwagę. Młody chłopak i jego młodsza siostra zażarcie się kłócili na dziedzińcu. Nie trudno było rozpoznać dziedzica i księżniczki. Po matce odziedziczyli niezwykłą urodę, szkarłatne kosmyki włosów i jasną cerę. Bardzo podobni, jednak będący swoimi przeciwnościami. Oboje w dłoniach dzierżąc miecze, stanęli gotowi do pojedynku. Dziewczyna pierwsza zaatakowała, ale jej atak został błyskawicznie odparty. Kolejny też. W końcu chłopak wykonał ruch i pochwili klinga miecza uderzyła o bruk.
-Głupia, jesli będziesz zachowywała się jak mężczyzna, to nigdy nie wyjdziesz za mąż. - stwierdził król, odchodząc od okna chwycił koronę, płosząc owada i opuścił pomieszczenie.